moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Zjawimy się tam, gdzie trzeba

Spadochron jest cichy. Nieprzyjaciel ma małe szanse, by go zauważyć. Lecimy samolotem, skaczemy z 4 tys. m i lądujemy w miejscu oddalonym od tego, nad którym skoczyliśmy, nawet o kilka kilometrów – z medykami GROM-u o tym, że skok ze spadochronem do rannego operatora to dopiero początek i jak niesie się pomoc w wojskach specjalnych rozmawia Ewa Korsak.

W czasie natowskich ćwiczeń „Vigorous Warrior” w Rumunii skoczyliście ze spadochronami, by pomóc rannemu żołnierzowi. Dlaczego? Zwykle to chory, nawet na polu walki, jest transportowany do miejsca, w którym może otrzymać pomoc medyczną.

Bartek: W wojskach konwencjonalnych ma to swoje uzasadnienie. Istnieje cały system pomocy medycznej na polu walki, również ewakuacji. Ranny trafia do jednego punktu, potem, jeśli jest taka konieczność, do kolejnego. Żołnierzy jest dużo, trudno, by medycy trafili bezpośrednio do każdego, kto pomocy potrzebuje. U nas w wojskach specjalnych nie może to jednak wyglądać w ten sposób. Operatorzy wykonują akcje w małych grupach, w miejscach daleko od frontu, trudno dostępnych, na przykład w górach. Nie wyślemy po nich karetki, a i ewakuacja medyczna nie zawsze jest możliwa. Dlatego my musimy być gotowi, by znaleźć się przy nich, kiedy będą tego potrzebować.

REKLAMA

„Doktor”: Kiedyś przysłuchiwałem się dyskusji doświadczonych medyków na forum ekspertów medycznych wojsk specjalnych NATO i sojuszników w Shape. Jeden z nich – Kanadyjczyk, mówił, że lekarze i ratownicy medyczni są tak cenni w wojskach specjalnych, że nie można narażać ich na niebezpieczeństwo i pozwalać, by docierali do rannych operatorów. Drugi – Izraelczyk, odpowiedział, że krew lekarza ma taki sam kolor jak operatora. I ja się pod tym podpisuję. Jesteśmy po to, żeby pomóc operatorom zespołów bojowych w każdej sytuacji, a nie wymagać od nich, by dostarczyli nam pacjenta – rannego kolegę – „na tacy”.

Ale po co od razu spadochron? Nie wystarczyłby desant ze śmigłowca?

„Doktor”: To jest superopcja, ale niekoniecznie w momencie, kiedy na dole jest gorąco, trwa jakaś operacja. Nie dość, że śmigłowiec hałasuje, a to zdradziłoby na przykład położenie operatorów, to jeszcze w zawisie jest narażony na bardzo duże niebezpieczeństwo, bo łatwo można do niego prowadzić ogień. Spadochron jest cichy. Nieprzyjaciel ma małe szanse, by go zauważyć. Lecimy samolotem, skaczemy z 4 tys. m i lądujemy w miejscu oddalonym od tego, nad którym skoczyliśmy, nawet o kilka kilometrów.

Czy wszyscy w zespole medycznym GROM-u są skoczkami spadochronowymi?

„Doktor”: Tak, ale oczywiście o różnym stopniu doświadczenia. Dla części zespołu skok na „Vigorous Warrior” był pierwszy po długiej przerwie. Na pamiątkowym zdjęciu z casy, zrobionym tuż przed skokiem, po minach niektórych widać, że był stres (śmiech). To jest oczywiście naturalne i aby się z tym oswoić, po prostu potrzeba treningów. Ale skoki ze spadochronem zespołu medycznego nie odbyły się po raz pierwszy.

Bartek: Skakaliśmy już na przykład podczas ćwiczeń w Afryce.

„Doktor”: Tyle że w Rumunii, gdzie odbywały się ćwiczenia „Vigorous Warrior”, po raz pierwszy wykonaliśmy zadanie bez wsparcia operatora-medyka. Jest to dla nas niezwykle ważne. W sytuacji, gdy operatorzy zaangażowani są w działania bojowe, możemy sami nieść im pomoc.

Jak wyglądał ten skok?

„Doktor”: Cóż, najpierw otrzymaliśmy dokładne dane, gdzie znajduje się ranny, mieliśmy nawet zdjęcia tego miejsca. Sam skok odbył się na wysokości 4 tys. m. Ja skakałem pierwszy, potem kolejni. Skok to nic skomplikowanego, trzeba po prostu zrobić krok do przodu (śmiech). Pierwsza trudność polegała na tym, że musieliśmy wylądować w terenie przygodnym i górzystym, druga – że mogliśmy liczyć wyłącznie na siebie. Do tej pory mieliśmy zawsze wsparcie operatora-medyka, członka zespołu bojowego. Ale wszystko się udało.

Co zastaliście na ziemi?

„Doktor”: Od razu mieliśmy naszego rannego. Normalnie zastosowalibyśmy procedury SAR 4 [search and rescue], by zidentyfikować poszkodowanego, ale akurat w tym ćwiczeniu były one pominięte. Tak zdecydował organizator. Działaliśmy z pozorantami, nie manekinami, więc o tym, jakie chory ma parametry krwi, ciśnienia itp. informował nas ktoś w rodzaju narratora czy opiekuna epizodów. Wiadomo, że osoba, która grała rannego, nie zmieni sobie na przykład tętna. Dlatego na podstawie informacji od opiekuna mogliśmy reagować. Zabraliśmy się do roboty, czyli na początku działaliśmy według zasady TC3 [Tactical Combat Casualty Care, czyli taktyczno-bojowa opieka nad rannym na polu walki].

Czy mieliście ze sobą wystarczającą ilość sprzętu, by mu pomóc? Czy skok ze spadochronem daje takie możliwości?

Bartek: Tak. Możemy zabrać nie tylko sprzęt, lecz także... specjalistę. Kiedyś trenowaliśmy taką sytuację, w której wzięliśmy ze sobą anestezjologa, osobę niebędącą ani skoczkiem, ani też żołnierzem GROM-u. Skoczył z jednym z nas w tandemie. Możemy też zabrać stół chirurgiczny, bo składa się do niewielkich rozmiarów. Wówczas jesteśmy w stanie zorganizować mobilny zespół chirurgiczny. Zabieg można przeprowadzić na pokładzie samolotu albo w przypadkowym pomieszczeniu. Szybka konfiguracja sprzętu i można działać.

„Doktor”: Nasz sprzęt jest bardzo zminiaturyzowany. W Rumunii skakaliśmy z zasobnikiem, w którym znajdował się podstawowy sprzęt medyczny. Do tego zabraliśmy kardiomonitor i defibrylator, respirator, koncentrator tlenowy. To są niewielkie urządzenia, niezbyt ciężkie. Mieliśmy również zestawy do przetaczania krwi. Oprócz tego broń...
Zestawy do przetaczania krwi?

„Doktor”: Tak, nasz ranny, do którego dotarliśmy, miał dwie rany postrzałowe. Stracił mnóstwo krwi. Musieliśmy ją mu przetoczyć.

Jak się to robi na polu walki?

Bartek: Jak najszybciej (śmiech).

„Doktor”: Krew, według polskich przepisów, może przetaczać wyłącznie lekarz, mamy więc takie uprawnienia. Najważniejszą częścią zestawu do przetaczania jest plastikowy worek, do którego pobiera się krew od dawcy oraz test na określenie jej grupy. Można pobrać ją od innego żołnierza, od ratownika. Trwa to zaledwie kilka minut. Możemy też ją zabrać ze sobą. Mamy specjalną minilodówkę do transportu oraz urządzenie do podgrzewania krwi przed jej podaniem.

Bartek: Potem trzeba ją przetoczyć rannemu. Robi się wkłucie doszpikowe, czyli nawiercamy kość piszczelową, potem specjalna igła i gotowe. Krew przetacza się ciśnieniowo, czyli zwyczajnie trzeba ściskać woreczek z płynem.

„Doktor”: Nie przetaczamy krwi dożylnie ze względu na to, że u kogoś, kto stracił jej dużo, żyły są zapadnięte i trudno dostępne. Metoda doszpikowa jest szybsza.

A jeśli nie ma odpowiedniej grupy krwi wśród dawców na polu walki?

„Doktor”: Staramy się wiedzieć jak najwięcej przed operacją i na maksa się do niej przygotować. Według zaleceń ekspertów na polu walki powinno się przetaczać krew 0-, ze względu na to, że jest odpowiednia dla każdej innej grupy. I taką zabieramy ze sobą na operacje. Ale jeśli wiemy, że rannym jest jeden z naszych operatorów, natychmiast mamy o nim wszystkie informacje. Nawet jeśli ratujemy życie kogoś spoza GROM-u, staramy się...

Na przykład zakładnika?

„Doktor”: Tak, to przecież priorytetowe zadanie jednostki. W sytuacji, w której ranni byliby zakładnik, którego odbija zespół bojowy, i jeden z operatorów, najpierw ratowalibyśmy życie zakładnika. Wrócę teraz do przetaczania krwi. Jeśli zakładnikiem byłby tzw. VIP, przed wyruszeniem na operację wiedzielibyśmy, jaką ma grupę krwi, czy ma jakieś alergie itp. Naprawdę, staramy się być przygotowani na wszystko.

Zaplanowanie takiej operacji musi być skomplikowane.

„Doktor”: Podczas „Vigorous Warrior” od momentu, kiedy otrzymaliśmy zadanie, do chwili startu casą minęło dziesięć minut. W tym czasie powstał już precyzyjny zarys naszej operacji: plany skoku w konkretne miejsce, pomocy medycznej i ewakuacji. Od scenariusza najbardziej pożądanego, czyli gdy ktoś po nas przyleci, aż po najgorszy, czyli kiedy nie ma transportu i albo trzeba będzie czekać godziny bądź dni, bądź uciekać z rannym i nieść go na własnych plecach.

Czy w czasie operacji pomocy medycznej możecie też wykonać zadanie bojowe?

„Doktor”: Personel medyczny musi mieć podstawowe umiejętności bojowe, bo kiedy jesteśmy już na ziemi, wśród operatorów, stajemy się częścią zespołu. Może się przecież zdarzyć, że w krytycznej sytuacji trzeba będzie zapomnieć o swoich specjalizacjach i stać się, brzydko mówiąc, lufą, którą można wykorzystać do walki. Nasz zespół medyczny ma to bojowe doświadczenie. Przed GROM-em służyliśmy w takich jednostkach jak 6 Brygada Powietrznodesantowa czy 25 Brygada Kawalerii Powietrznej. Mamy też doświadczenia z misji w Afganistanie czy Iraku. Jako lekarz brałem udział w operacjach specjalnych razem z operatorami.

Mam wrażenie, że wasze doświadczenie medyczne, ale też bojowe jest tak duże, że ten niewielki epizod ćwiczeń „Vigorous Warrior” wcale nie był dla was wyzwaniem.

„Doktor”: To szkolenie nie przyniosło nam nowych umiejętności medycznych. Ale ten jeden skok był superważny. Pokazał, że zasada, którą przyjęliśmy, czyli że to my musimy się dostać do rannego, a nie ranny do nas, jest najlepsza. I ma sens, bo wszystko poszło bardzo dobrze. Ja mam też nadzieję, że udowodniliśmy chłopakom z zespołów bojowych, że mogą na nas liczyć, bo gdy będą nas potrzebować, zjawimy się, gdzie trzeba.

Ewa Korsak

autor zdjęć: arch. żołnierzy JW GROM

dodaj komentarz

komentarze


Jakie podwyżki dla żołnierzy?
 
Wirtualna batalia w obronie sojusznika
Peowiacy. Pretorianie Piłsudskiego
Terytorialsi za oceanem
Jak gra dowódca, grają wszyscy
Włosko-polski sojusz kosmiczny
„Defender Europe 20”, czyli amerykańskie manewry w Europie
Sojusznicy przy wigilijnym stole
Gotowi na misję
„Błękitni” lecą do Afganistanu
„Paszporty Ładosia” ratowały życie
Klasy wojskowe po nowemu
Dr Kostrzewa-Zorbas: NATO potwierdziło swoją jedność
Plan ćwiczeń WOT dla pracodawców
Szwedzki baypass przed „Orką”
Los Polski naszym losem
Wojskowy śmigłowiec dyżuruje w Zakopanem
Kto zostawia ślady w sieci
Studia MBA na wojskowej uczelni. Jedyne takie w Polsce
Żołnierze najlepsi na festiwalu sztuk walki
Błyskawiczna reakcja
Gorące obrady NATO w Londynie
Trudna droga
NATO wzmocni obecność na wschodniej flance
Klucz do dobrych relacji
Kpr. Danuta Dmowska-Andrzejuk ministrem sportu
Unwanted Treaty
The Army Enters the Frame
Ostre strzelanie artylerzystów
Artyleryjska interoperacyjność
Razem się szkolą, razem walczą
Sierż. Artur Pelo i Patrycja Bereznowska najlepsi w Maratonie Komandosa
Święto pod znakiem „Ślązaka” i okrętów podwodnych
Szpadzistki wygrały turniej o Puchar Świata w Tallinie
Zmiany emerytalne dla żołnierzy
Amunicja i miny dla armii
Kto nie będzie rozmawiał z Ławrowem, będzie rozmawiał z Szojgu
Żołnierze z „Błękitnej Brygady” w błękitnych beretach
Zbrojeniówka pod nowym nadzorem
Przyznano nagrody im. Rejewskiego
Głosuj na wojskowego sportowca roku
Defense Without Politics
Kontenery dla Wisły
Wybory do gremiów przedstawicielskich
Polska pod kontrolą armii
16 Dywizja Zmechanizowana mistrzem wojska w futsalu
Wszyscy jesteśmy Darfurczykami
Z archiwum „Szarego”
Pierwszy poległy pilot Września ’39
Paczki dla kresowiaków
Jak Polacy wyzwalali Bredę
Nowe laboratorium WAT
Szykują się zmiany w wojskowych emeryturach
Morawiecki: harmonizujmy działania UE i NATO
Leopardy na Podkarpaciu
Nowelizacja ustawy o weteranach w Sejmie

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO