moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Jedna misja, jeden zespół

Zaznaczenie obecności w regionie i współpraca z sojusznikami to główny cel naszej misji – mówią żołnierze Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Rumunii. Swoją służbę zakończyło tam właśnie 230 wojskowych IV zmiany PKW. O wspólnych ćwiczeniach, górskim teście Rosomaków i polsko-rumuńskich przyjaźniach opowiadają reporterce „Polski Zbrojnej”.

„Polska Zbrojna”: Czy dowodzenie żołnierzami na misji różni się od tego rodzaju działań w kraju?

Mjr Dawid Butlak, dowódca IV zmiany PKW Rumunia: Różni się przede wszystkim natężeniem pracy. Musimy sprostać wielu zadaniom, ale warunki do działania mamy bardzo sprzyjające – wszyscy żołnierze są na miejscu, nie ma zwolnień lekarskich, wakatów na poszczególnych stanowiskach, a do dyspozycji mamy w zasadzie nieograniczone środki. Chodzi mi tu o dostęp do obiektów szkoleniowych czy amunicji. Możemy w stu procentach skoncentrować się na szkoleniu. Dowodzenie w takich warunkach to przyjemność.

A co pobyt poza granicami kraju daje samym żołnierzom?

Doświadczenie, doświadczenie i jeszcze raz doświadczenie. Żołnierze mają możliwość oderwania się od środowiska, w którym działają na co dzień, wyjechania z poligonów, które znają jak własną kieszeń. Celem misji w Rumunii jest przede wszystkim zaznaczenie naszej obecności w tym regionie i współpraca z sojusznikami. Nie musimy tam, tak jak np. w Afganistanie, koncentrować się na działaniach typowo bojowych. Dzięki temu możemy skupić się na szkoleniu. Spędziliśmy wiele godzin na różnych poligonach, zorganizowaliśmy także szkolenie górskie i przerzut wojsk na drugi koniec kraju. No i braliśmy udział w ćwiczeniach „Saber Guardian ’19”, największych, jakie w tym roku odbywały się w tej części Europy.

Jakim zadaniom musieliście wówczas sprostać?

Rozkaz brzmiał: przeprawić Rosomaki przez Dunaj. Wymagało to od nas długich przygotowań. Żołnierze musieli m.in. sprawdzić wyporność i szczelność wszystkich pojazdów, wyposażyć je w bojki, które utrzymałyby Rosomaka, gdyby stanął np. na środku rzeki. Dodatkowo wszyscy żołnierze, na wszelki wypadek, przeszli zaawansowany kurs pływacki. Kiedy jednak przyszło do wykonywania zadania i tak musieliśmy zmienić plany. Poziom rzeki okazał się za wysoki, a nurt zbyt rwący, aby bezpiecznie ją pokonać. Nie poddaliśmy się dzięki współpracy z sojusznikami i tak dostaliśmy się na drugi brzeg. Rumuni przetransportowali nas na swoich łodziach. Razem z nami przeprawiali się także żołnierze US Army, a z powietrza osłaniały nas włoskie myśliwce F-16.

Czyli test sojuszniczej współpracy został zaliczony?

Jeśli chodzi o typową współpracę wojskową, to nie było żadnych niespodzianek. Zarówno my, jak i nasi koledzy z armii rumuńskiej działamy na podstawie natowskich procedur. Poza tym stacjonowaliśmy już jako IV zmiana PKW, zatem mogliśmy korzystać z wcześniejszych doświadczeń. Jedyną różnicą może być podejście do załatwiania niektórych spraw. My, Polacy, chcielibyśmy wszystko załatwić na już albo najlepiej na wczoraj, a Rumunii mają typowo południowe podejście – działają bardzo spokojnie.

Ta misja to jednak nie tylko działania na poligonie. Czy mieliście czas, aby poznać kulturę tego kraju?

Oczywiście, to nieodłączny element misji. Zarówno społeczność, jak i władze Rumunii przyjęli nas bardzo życzliwie. Wspólnie uczestniczyliśmy m.in. w obchodach uroczystości państwowych, nie tylko naszych polskich, lecz także rumuńskich. Pamiętam, jak się zdziwiłem, gdy pierwszy raz brałem udział w tego typu ceremonii, bo po jej zakończeniu ludzie wyszli na ulicę i zaczęli tańczyć. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkałem. Bardzo mile wspominam też wizytę w Bukowinie. To kraina historyczna, zamieszkana m.in. przez Rumunów polskiego pochodzenia. Ludzie mówią tam po polsku, dzieci uczą się w polskich szkołach, organizowane są obchody polskich świąt. Czuliśmy się tam jak w domu.

Gdyby pojawiła się taka możliwość, wróciłby pan na misję?

Oczywiście.

Na waszych, czyli Narodowego Elementu Wsparcia [National Support Element – NSE], barkach spoczywało zabezpieczenie funkcjonowania całego kontyngentu. Jak sobie poradziliście z tym zadaniem?

Kpt. Łukasz Kasprzyk, był dowódcą Narodowego Elementu Wsparcia w PKW Rumunia: Nasza misja zaczęła się bardzo intensywnie, bo na przejęcie obowiązków od poprzedników mieliśmy tylko dwa tygodnie. I w zasadzie… tak już było do samego końca. Bo to my, logistycy, musieliśmy zadbać o to, aby każdy z 230 żołnierzy miał gdzie spać, co zjeść, a także, żeby miał warunki do wykonywania swoich obowiązków. Zatem robiliśmy wszystko, żeby nie zabrakło paliwa, amunicji czy części zamiennych do naszych pojazdów. Oczywiście dbaliśmy też o sprzęt. Rosomaki niemal nie zjeżdżały z poligonu, a zgodnie z procedurami zarówno przed każdym działaniem, jak i po nim musieliśmy sprawdzić ich stan techniczny, uzbrojenie, systemy łączności, akumulatory. Lista zadań była długa.

Kolejny raz sprawdziło się powiedzenie, że logistyka nie jest wszystkim, ale bez logistyki wszystko jest niczym?

Wiadomo, że na misji najważniejsze zadania spoczywały na barkach kompanii zmechanizowanej, ale to my odpowiadaliśmy za to, aby mogła ona działać. A to, ile wysiłku nas to kosztowało… wiemy tylko my. Ale nie narzekam, po prostu nasze obowiązki były zupełnie inne. Ja nie musiałem na co dzień biegać po poligonie, ale dbałem o formalności, czyli zajmowałem się tzw. białą taktyką. Niektórzy traktują ją lekceważąco, ale dla nas była ona kluczowa, bo dzięki temu wojsko miało niezbędne do działania środki. Ci, którzy nie mają z nią na co dzień styczności, nie zdają sobie nawet sprawy, że odpowiedzialność spoczywa na dowódcy NSE.

A najtrudniejsze zadanie z pana perspektywy?

Chyba zabezpieczenie przemarszu wojsk na poligon w Cincu. Nasze Rosomaki musiały pokonać ponad 500 km po drogach publicznych, w nie najłatwiejszym, górzystym terenie. Przez cały czas trzeba było czuwać nad tym, aby wszystko odbyło się sprawnie, bo każda, nawet najmniejsza usterka mogła spowodować zatrzymanie konwoju. Żołnierze cały czas byli w gotowości, mając do dyspozycji pojazdy niskopodwoziowe czy części zamienne. Dodatkowo nie sprzyjała nam pogoda, było bardzo gorąco. W takich warunkach każda interwencja staje się skomplikowana.

Czuliście wsparcie rumuńskich logistyków?

Trwa teraz modernizacja armii rumuńskiej, tak więc wszystko się zmienia. W jednostce, z którą współpracowaliśmy, nie było nowoczesnego sprzętu logistycznego, dlatego czasami to my wspieraliśmy sojuszników, użyczając im np. wózków widłowych czy hiabów. Ale to nie problem, w końcu kooperacja to jeden z powodów, dla których w ogóle stacjonowaliśmy w Krajowej.

Największy sukces misji, według pana?

To, że zbudowaliśmy bardzo zgrany zespół. Zazwyczaj wszyscy narzekają na logistykę, bo na to najłatwiej zrzucić winę za wszelkie niedogodności. W Rumunii w ogóle nie miało to miejsca. Myślę, że żołnierze wiedzieli, że robimy, co możemy, aby umożliwić im wykonywanie zadań. Wiedzieli, że mają w nas wsparcie. Po prostu udowodniliśmy, że hasło „one mission, one team” to nie tylko slogan.

Ta misja była dla pana cennym doświadczeniem?

Sierż. Bartłomiej Miszon, zastępca dowódcy plutonu: Na pewno. Dla mnie szczególnie, bo po raz pierwszy stacjonuję poza granicami kraju. Wszystko jest dla mnie nowe, ale nie narzekam, bardzo dużo się tu nauczyłem.

W jakich ćwiczeniach braliście udział?

Największe wrażenie zrobił na mnie „Saber Guardian ’19”, bo zaangażowano wówczas ogromne siły. Równocześnie współdziałały wojska lądowe, marynarka wojenna i lotnictwo rożnych armii. Nigdy nie brałem udziału w tak dużych manewrach. Dobrze wspominam też nasze szkolenie górskie. Całym plutonem wspinaliśmy się na szczyt, a po drodze ćwiczyliśmy budowę stanowisk ogniowych, pułapek na zwierzynę, maskowanie i musieliśmy przygotować sobie schronienie.

Co dla pana okazało się w Rumunii największym zaskoczeniem?

Pogoda. To oczywiste, że zimą jest zimno, a latem gorąco, jednak tam temperatury są naprawdę ekstremalnie niskie lub wysokie.

Mieliście czas na integrację z sojusznikami?

Naszym głównym zadaniem była współpraca z wojskiem rumuńskim i na tym się koncentrowaliśmy – razem chodziliśmy na strzelnicę, razem ćwiczyliśmy na poligonie, razem jedliśmy posiłki. Braliśmy też udział w różnych zawodach sportowych. Graliśmy w piłkę nożną, badmintona, szachy. No i biegaliśmy. Ja wziąłem m.in. udział w półmaratonie, który odbył się w Bukareszcie.

W Rumunii polskie Rosomaki przejechały dziesiątki tysięcy kilometrów. Dla kierowców to chyba spore wyzwanie?

St. szer. Bartosz Monkiewicz, kierowca Rosomaka: Najdłuższy odcinek, jaki pokonaliśmy, to 400 km z naszej bazy w Krajowej na poligon w Borduşani. Sama odległość to jednak nie problem. Dużo trudniejsze okazało się przemieszczenie do Cincu, bo trasa wiodła przez góry. Co prawda jeszcze w Polsce przygotowywaliśmy się do tego, ale nikt z nas nie spodziewał się, że będziemy jeździć na takich wysokościach. Wymagało to od nas pełnego skupienia.

Czyli przy okazji mieliście szansę zobaczyć trochę kraju?

Nawet nie przy okazji. W czasie wolnym zwiedziliśmy m.in. Bukareszt, byliśmy też w zamku Drakuli. Zaskoczyły mnie również cygańskie dzielnice. Tamtejsze domy nie dość, że są bardzo bogato zdobione, to jeszcze imponują swoim rozmiarem – widać, że mieszka w nich kilka pokoleń.

Jak polskich żołnierzy odbierali mieszkańcy Rumunii?

Bardzo przyjaźnie. Rumuni są bardzo gościnni, niektórzy z nas tak się z nimi zżyli, że byli zapraszani do ich domów. Można powiedzieć, że traktowali nas jak członków swoich rodzin. Kiedy służyłem tu w 2017 roku, podczas I zmiany PKW, braliśmy udział w defiladzie, która odbyła się z okazji zjednoczenia Rumunii. Wówczas ludzie uśmiechali się do nas, machali nam – widać było, że cieszą się z naszej obecności.

Zauważa pan jakieś różnice między tymi dwoma misjami?

Przede wszystkim zmieniła się sama baza, w której stacjonujemy. Kiedy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, zostaliśmy ulokowani w szkole. Teraz mieszkamy w specjalnie dla nas przygotowanych budynkach. Pojawiły się też asfaltowe drogi. Z każdym dniem ta jednostka staje się coraz nowocześniejsza.

Rozmawiała: Magdalena Miernicka

autor zdjęć: sierż. Patryk Cieliński / CC DORSZ

dodaj komentarz

komentarze


Wozy amunicyjne do Raków
 
Polscy lekkoatleci mistrzami Europy
Śląskie obchody wojskowego święta
Rivalry on Closed Sea
Święto Wojska Polskiego – relacja na żywo
Zielonka dla Patriotów
Cienka niebieska linia
Sprawdzają Brutusa
Festyn Komandosa w Dziwnowie już w najbliższy weekend
Amerykańska przyszłość WZL
High Confidence Operations
„Operacja Wuhan”: Judo mężczyzn
Desant z transportowca-giganta
XV Bieg Katorżnika – najbardziej błotnista edycja
„Pułaski” wrócił do kraju
Prezydent przedłużył misję „Sophia”
Śladami Pierwszej Pancernej
Rozpoczynamy nową erę
Przez krew zdobyty Śląsk
„Agile Spirit”. Gruziński sprawdzian LITPOLUKRBRIG
Posłowie o kondycji polskiego przemysłu obronnego
Jedna misja, jeden zespół
Najkrwawsze starcie Powstania Warszawskiego
W Polsce będzie więcej żołnierzy z USA
Najpierw „Sonda”, później promocja
Świętuj z wojskiem na piknikach!
Wielofunkcyjny scyzoryk
Kobiety w armii chcą mieć piłkarską reprezentację
Pętla dla terytorialsów z Wielkopolski
Przysięga śląskich terytorialsów
Blitzkrieg na stepach Mongolii
Gen. Błazeusz na wysokim stanowisku w NATO
A Torn Subcontinent
Szykują się zmiany w wojskowych emeryturach
Kolejne NUR-y do modernizacji
Terytorialsi – ćwiczą i pomagają
Spełniliśmy swój obowiązek
Warszawa walczy, wracamy
„Operacja Wuhan”: Biegi na orientację
Morska Bryza w pobliżu Krymu
Łask ponownie z dyżurem bojowym
Irańskie szachy
„Operacja Wuhan”: Spadochroniarstwo
Od sojusznika do kata
Zmiana ustawy o weteranach trafiła do Sejmu
Polscy żołnierze otworzą w Libanie nowy rozdział
„Legia Akademicka” w cyberprzestrzeni
W NATO o zwiększeniu obecności militarnej USA w Polsce
Wojna wywiadów
A Wave of Alliances
Zmiany emerytalne dla żołnierzy
Piknik ze smakiem
Nowelizacja ustawy o weteranach w Sejmie
Obrady Rady Unii Europejskiej
Terytorialsi na poligonie w Wędrzynie
Czarny odchodzi do cywila

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO