moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Strzelać nauczyłem się sam

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, bez zaprzysiężenia w konspiracji i przeszkolenia wojskowego trafił do elitarnego Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych. – Dobrze uzbrojeni byliśmy czymś w rodzaju straży pożarnej wysyłanej na zagrożone odcinki – opowiada Witold Kruczek-Abuładze, ps. „Kruk”, w rozmowie z Piotrem Korczyńskim.

Pańskie losy są bardzo podobne do doświadczeń Cezarego Baryki z powieści Stefana Żeromskiego „Przedwiośnie”. Żeromski bardzo dramatycznie opisał odczucia swojego bohatera po jego przybyciu do Polski z dalekiej Azji. Pan również jako młody człowiek odbył podobną podróż. Czy rzeczywistość, którą pan zastał, była zbieżna z wyobrażeniami o Polsce?

Witold Kruczek-Abuładze: Ja już na początku zderzyłem się ze śmieszną sytuacją. Żeby jednak to zrozumieć, trzeba poznać środowisko, w którym spędziłem najmłodsze lata. Urodziłem się w 1922 roku w części Gruzji, która w tym czasie została przyłączona do Turcji. Okazało się, że nasz dom znalazł się dosłownie kilometr od granicy turecko-sowieckiej. Tam też znajdowała się kopalnia rudy miedzi bardzo bogatej w złoto, w której pracował mój ojciec na stanowisku inżyniera górniczego. Jako członek Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, brał udział w rewolucji 1905 roku i musiał uciekać przed aresztowaniem aż do Gruzji. Tam poznał moją matkę, która pochodziła ze starej i szanowanej rodziny Abuładze. Ojciec natomiast zawsze tłumaczył matce, że Polska to jest kraj europejski, a tutaj jest Azja, w której w ogóle nie ma sensu wychowywać dzieci.

REKLAMA

Czy podobnie jak ojciec Cezarego Baryki roztaczał przed wami perspektywy życia w nowoczesnym kraju?

Może aż tak to nie, ale często chodził do polskiej ambasady, gdzie przekonywano go, że odrodzona Polska potrzebuje takich jak on – wykształconych i doświadczonych inżynierów. Wobec takich perspektyw ojciec wreszcie przekonał matkę, żebyśmy wyjechali do Polski. Wtedy już mieszkaliśmy w Konstantynopolu, gdzie moi rodzice mieli kontakty ze środowiskiem uciekinierów ze Związku Sowieckiego. To były przeważnie rodziny wyższych oficerów carskich, często, jak to w Rosji bywało, o niemieckich korzeniach. Ja miałem korepetytorkę – rosyjską Niemkę Marię Adolfową, która była żoną carskiego generała. Kiedy dowiedziała się o naszych planach wyjazdu do Polski, zaczęła ostrzegać matkę, żeby absolutnie tego nie robić, bo będzie wojna i Niemcy na pewno ten kraj zajmą. Mówimy o roku 1930! Ona dzięki swym kontaktom już wtedy przewidywała to, co stało się dziewięć lat później. Ten argument w żaden sposób jednak nie trafił do ojca, który w 1930 roku wyjechał do pracy w afrykańskim Kongu, a nas, czyli matkę, mnie i moją siostrę, wysłał do Polski, a my nie znaliśmy języka polskiego. I tutaj dochodzimy do sytuacji, o której wcześniej wspomniałem. O 7.00 rano dotarliśmy do Lwowa. Mżył deszczyk, kiedy wjeżdżaliśmy na peron dworca, a moja matka z siostrą, wyjrzawszy za okno, nagle zaczęły narzekać, że ojciec nas oszukał, bo mówił, że Polska to kraj europejski, a tutaj wszyscy chodzą wcale nie po europejsku ubrani. Wepchnąłem się między nie do okna i zobaczyłem tłum mężczyzn w myckach na głowach, z brodami, pejsami, ubranych w długie chałaty, żywo gestykulujących i dyskutujących jak na tureckim targu. My, przekonani, że to są Polacy, poczuliśmy się przez ojca oszukani. Z kolei w pociągu nikt nie chciał z nami rozmawiać, bo pasażerowie myśleli, że to my jesteśmy Żydami. Dopiero po dotarciu do Warszawy stryj wyprowadził nas z błędu. To było moje pierwsze wrażenie z Polski.

Jedyne?

Drugie to bezkresne równiny, jakich wcześniej nie widziałem. W Częstochowie, gdzie zamieszkaliśmy na stałe, kontynuowałem przerwaną wyjazdem edukację. Kiedy weszliśmy w polskie środowisko, uderzyło nas przede wszystkim to, że ludzie tutaj są bardzo poważni, by nie powiedzieć ponurzy. Najczęściej rozmawiało się o chorobach lub bezrobociu. Co gorsza, kiedy dołączył do nas ojciec, okazało się, że wbrew obietnicom urzędników ambasady polskiej w Konstantynopolu wcale nie czekała na niego praca. Do tego doszły moje problemy w szkole, w której długo nie mogłem się odnaleźć. Byłem opóźniony trzy lata w stosunku do rówieśników, ponieważ najpierw musiałem się nauczyć języka polskiego. Ponadto często byłem brany za Żyda, co także nie ułatwiało mi życia. Kiedy w końcu zaczęło nam się lepiej powodzić, wybuchła wojna.

Jak zapamiętał pan zajęcie Częstochowy przez Niemców we wrześniu 1939 roku?

Moment wybuchu wojny kojarzy mi się z pierwszymi rannymi, których w tamtym czasie zobaczyłem. Z moim kolegą Tadkiem Sokalą poszliśmy do szpitala, by pomagać rannym. Pamiętam do dziś młodego człowieka, który był cały siny, bo dostał postrzał w płuca. Lekarz powiedział nam, że dla niego już nic się nie da zrobić, więc ze smutkiem odeszliśmy. Wracając do domu, na rogu placu Biegańskiego, gdzie mieściło się biuro miejscowego sztabu wojskowego, zobaczyliśmy żołnierzy wynoszących jakieś papiery i ładujących je na furmanki. Robili to w pośpiechu i tak niechlujnie, że wiele z tych dokumentów walało się na bruku. Po chwili z biura wybiegł jakiś oficer, a za nim kobieta. Chwyciła go za ramiona i przekonywała: „Słuchaj, to już nie ma żadnego sensu, to i tak wszystko jest stracone. Uciekajmy!”. Niestety, otaczający ich żołnierze, wyraźnie świeżo zmobilizowani, także nie zrobili na nas dobrego wrażenia. Wielu z nich nie miało nawet broni i bezkarnie rozchodziło się po okolicy. 7 Dywizja Piechoty, która miała bronić Częstochowy, bardzo szybko została przez Niemców rozbita, a jej dowódca, gen. bryg. Janusz Gąsiorowski poddał miasto praktycznie bez większych walk. Wkrótce ojciec zmarł na raka i to ja musiałem utrzymywać rodzinę. Matka nie umiała ani słowa po polsku, a siostra nie pracowała. Najpierw zatrudniłem się w kopalni i przez dłuższy czas byłem górnikiem dołowym. Na szczęście mogłem zmienić pracę dzięki koledze, który był synem dyrektora spółdzielni Społem. Tak zostałem kierowcą i rozwoziłem towary po całym Generalnym Gubernatorstwie – głównie węgiel ze Śląska do Warszawy.

Dzięki tej pracy uratował pan kolegę, którego dalsze losy byłyby idealne na scenariusz filmowy.

Razem z Tadkiem Sokalą wyciągnęliśmy go z getta. Jego ojciec był wziętym architektem, a matka ukończyła konserwatorium w Wiedniu. To była bogata i zasymilowana rodzina żydowska, należąca do częstochowskiej elity. Nie mogę sobie przypomnieć, jak myśmy się z Ryśkiem poznali, ale pamiętam taką sytuację. To było w kwietniu lub maju 1940 roku, ale na pewno było już na tyle ciepło, że chodziliśmy nad wodę pływać. Niemcy wtenczas zorganizowali już w Częstochowie getto i Żydzi musieli nosić opaski z gwiazdą Dawida. Pewnego dnia po kąpieli w rzece zobaczyłem Ryśka i zacząłem się z niego nabijać, czemu nie nosi gwiazdy Dawida. Nie zdawałem sobie sprawy, na co go tymi głupimi żartami narażam. On wtedy poprosił mnie na bok i zaczął mi opowiadać o tym, co się dzieje z Żydami. Tak mnie to przeraziło, że postanowiłem mu pomóc, a mogłem to zrobić bo jako pracownik Społem miałem przepustkę do getta. Prawdziwe kłopoty zaczęły się jednak dopiero wtedy, kiedy wyciągnęliśmy go z getta. Początkowo planowaliśmy, że będziemy go ukrywać w magazynie Społem, ale nie zgodził się na to jeden z kierowników. Nie mogłem Ryśka zabrać do naszego mieszkania, bo jego połowę zarekwirował ukraiński kolaborant o nazwisku Zaręba. W końcu na ukrywanie Ryśka zgodzili się państwo Sokalowie. Przed 1939 rokiem pan Sokala był dyrektorem rzeźni miejskiej, więc jego rodzina zajmowała mieszkanie na pierwszym piętrze domu przy rzeźni. Sokalowie mieli dwie córki i syna Tadeusza, z którym się przyjaźniłem od czasów szkolnych. Istotni są tutaj też ich sąsiedzi. Drzwi po prawej stronie należały do znanego szmalcownika, który utrzymywał się ze sprzedawania Niemcom Żydów. A po lewej kwaterowali niemieccy żołnierze. Kiedy Rysiek zamieszkał u Sokalów na pierwszym piętrze, szmalcownikowi dał do zrozumienia, że jeżeli go wyda, to pierwszy pójdzie pod nóż. A tym niemieckim żołnierzom i wartownikom pani Sokalowa sprytnie co jakiś czas przynosiła jakieś ciasta i smakołyki. Oni ją uwielbiali za to matkowanie, a państwo Sokalowie dzięki temu mogli bezkarnie i bezpiecznie pod ich nosem prowadzić różne „konkurencyjne sprawy”. Pan Sokala bardzo był zaangażowany w konspirację. W Częstochowie już w pierwszych miesiącach wojny zorganizował się Związek Walki Zbrojnej, a my, młodzi chłopcy, zostaliśmy wciągnięci do wstępnych działań.

Udało się w ten sposób ochronić przyjaciela?

Tak, ale po pewnym czasie, gdy w naszą konspirację wtajemniczyliśmy kolegę Kupskiego, Rysiek musiał stamtąd uciekać. Kupski to był chłopak z robotniczej rodziny, jego brat działał w NSZ. Ostrzegł nas, że Rysiek to zagrożenie nie tylko dla całej rodziny, ale też dla konspiracji, w której działał pan Sokala. Nie wiedziałem, jak z tej sytuacji wybrnąć. Planowaliśmy nawet z Tadkiem, że przerzucimy Ryśka do Rzeszy, wykorzystując moje przepustki, aby tam przedostał się dalej na Zachód. Na szczęście nasze plany podsłuchiwała pani Sokalowa. Kiedy projekty były coraz bardziej karkołomne, otworzyła drzwi do naszego pokoju i oświadczyła, że sama się tym zajmie. Umieściła chłopaka na peryferiach Częstochowy – w pokoiku, który kiedyś zajmowała jej siostra. Ten lokal miał bardzo cienkie ściany, a w sąsiednim mieszkaniu żyła wielodzietna rodzina, która miała tylko jedną parę butów i praktycznie głodowała. Pani Sokalowa od czasu do czasu przynosiła Ryśkowi jedzenie. W końcu sąsiedzi zorientowali się, że ktoś musi obok nich mieszkać i Rysiek słyszał zza cienkiej ściany takie słowa: „jak to jest Żyd, to go wydamy i w końcu będziemy mogli swym pięciorgu dzieciom kupić buty i jedzenie”. Trzeba jednak pamiętać, że w razie obławy Niemcy wymordowaliby wszystkich mieszkańców tego domu, nie wyłączając tej wielodzietnej rodziny. Rysiek w nocy uciekł do Sokalów i nie było wtedy już wyjścia – trzeba go było jak najszybciej wywieźć z Częstochowy.

Dzięki temu znalazł się pan w Warszawie?

Tak. Przywiozłem Ryśka do stolicy i już w niej zostałem. Rysiek nawiązał kontakt z jakąś grupą żydowską, która wkręciła go do Organizacji Todta i wyjechał na front wschodni budować umocnienia i fortyfikacje dla armii niemieckiej. On bardzo dobrze mówił po niemiecku – jego ojciec w czasie I wojny światowej służył w armii niemieckiej i był odznaczony za odwagę. A na dodatek znał rosyjski, co szybko docenili jego zwierzchnicy. Ja zaś znalazłem pracę w warsztatach samochodowych przy ulicy Czerniakowskiej 80. Tam naprawiano wszystkie ciężarówki Społem z całego Generalnego Gubernatorstwa. Szefem tych warsztatów był Paweł Górniak, wcześniej bosman na okrętach podwodnych. Po Wrześniu ’39 udało mu się uciec z Wybrzeża i ukryć w Warszawie. Pewnego razu montuję jakiś silnik i przychodzi do mnie Górniak – sam szef warsztatu, rozumie pan – i mówi: „Kruczek, tam na ciebie jakiś gestapowiec czeka”. Ja wyraźnie przestraszony odpowiadam: „Jaki gestapowiec?”. A on mnie zaczął uspokajać: „Nie bój się, on dobrze po polsku mówi i w ogóle przyjazny jest, tak że możesz spokojnie tam pójść”. Nie do końca przekonany, poszedłem, patrzę, stoi elegancki motocykl, a przy nim dwumetrowy oficer niemiecki w mundurze jak spod igły, kabura z pistoletem przy pasie. Przyglądam mu się… i poznaję – to Rysiek!

Żyd przyjechał w niemieckim mundurze na urlop do Warszawy?

Lepiej! On przyjechał się żenić z Anetką. Rysiek wprawił mnie w osłupienie informacją, że jako oficer niemiecki musi jechać do Berlina, by uzyskać tam pozwolenie na ślub z Polką! I proszę sobie wyobrazić, że on to zrobił, i to dwukrotnie! Kiedy za pierwszym razem wrócił ze stolicy III Rzeszy, wybrał się z narzeczoną na przejażdżkę kajakiem po Wiśle. Pech chciał, że wywrócili się wtedy do wody. Rysiek miał przy sobie to zaświadczenie, więc się zniszczyło. Ja się go często pytałem, jak to się stało, że nikt go nigdy nie ruszył? A on mi odpowiadał, że to wszystko dzięki niemieckiemu porządkowi, w którym najważniejsze są dokumenty, a te miał naprawdę mocne, bo poświadczone służbą dla III Rzeszy na froncie wschodnim.

Po wybuchu powstania warszawskiego prosto z warsztatu ruszył pan do walki. Jakim cudem, bez zaprzysiężenia w konspiracji i przeszkolenia wojskowego, znalazł się pan w elitarnym oddziale?

W moim wypadku zdecydował właśnie ten warsztat samochodowy. Mieszkałem w kamienicy przy ulicy Szpitalnej, a w niej była drukarnia, którą ochraniał oddział por. „Steba”, czyli Stefana Berenta. Kiedy po pracy około godziny 17.00 wróciłem do mieszkania, zaczęła się strzelanina. Wtedy od razu zgłosiłem się do niego z prośbą o przyjęcie do oddziału. Ucieszył się, kiedy usłyszał, że jestem kierowcą i mechanikiem, bo oni mieli samochody, ale nikt nie potrafił nimi jeździć. Zanim jednak zostałem szoferem wojskowym, pierwszym moim zadaniem było wyrąbanie przejścia między piwnicami, żeby można było przemieszczać się pod ostrzałem. Miałem zostać najpierw żołnierzem grupy technicznej, którą „Steb” planował stworzyć, ale w toku zażartych walk porzucił ten pomysł. Ostatecznie zostałem żołnierzem 2 plutonu Oddziału Osłonowego VI Oddziału Armii Krajowej, w którym walczyłem do końca powstania. Byliśmy wyjątkowo dobrze uzbrojeni. Przed powstaniem nasz oddział miał za zadanie zbrojną osłonę drukarni w konspiracyjnych wytwórniach broni, np. wytwórni części i montowni pistoletów maszynowych, granatów, środków wybuchowych. Ze względu na to dobre uzbrojenie Oddział Osłonowy był przekazany do bezpośredniej dyspozycji dowódcy sił powstańczych, tj. gen. Antoniego Chruściela „Montera”, który decydował, do jakich akcji bojowych ma być skierowany.

Przeszedł pan błyskawiczne przeszkolenie wojskowe…

Strzelać nauczyłem się sam, a na pierwszej linii byłem bez dłuższych przerw. „Monter” ciągle włączał nas do różnych akcji w Śródmieściu. Można stwierdzić, że byliśmy dla niego czymś w rodzaju straży pożarnej, wysyłanej na zagrożone odcinki. Kiedy wybuchło powstanie, ja za dobrze polskiej literatury nie znałem i być może to uratowało mi życie. Było to w czasie walk na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu, dokładnie w bramie, za którą jest pasaż wychodzący na Chmielną. Tam zostaliśmy odcięci przez ogień z niemieckiego czołgu, stojącego na ulicy Pierackiego, dzisiejszej Foksal. Zebraliśmy się wokół naszego dowódcy Andrzeja Koryckiego „Sokoła”, żeby radzić, co robić. On wtedy powiedział: „będziemy bronić tego pasażu jak Zbaraża”. Przypomniało mi się wtedy, że ci obrońcy chyba zginęli. Po latach dopiero dowiedziałem się, że nie było to w Zbarażu tylko w Kamieńcu. Ale wtenczas, słysząc hasło „Zbaraż”, zacząłem „Sokoła” gorąco przekonywać, że ja znajdę wyjście z tej matni. I znalazłem. Zauważyłem, że po każdym strzale czołgowego działa następowała krótka pauza, w czasie której prawdopodobnie czołgiści ładowali do lufy nowy pocisk. W takim momencie wydostaliśmy się spod ostrzału.

Spotkał się pan jeszcze z przyjacielem Ryśkiem?

Po kapitulacji Niemcy wywieźli nas najpierw do Frankfurtu nad Odrą, następnie do Bremevörde między Bremą a Hamburgiem. Stamtąd ostatecznie trafiłem do Pongau pod Salzburgiem. W tymże obozie pewnego dnia siedziałem sobie na pryczy, kiedy do naszego baraku wszedł sierżant niemiecki i zaczął rozmawiać z moimi kolegami, po czym oni wskazali na mnie. Zdążyłem tylko pomyśleć: cholera, o co tu chodzi?, a sierżant już stał przy mnie i wręczał mi list. Podziękowałem mu, a on mi zasalutował i wyszedł. Patrzę na przesyłkę i poznaję pismo Ryśka. Pisał do mnie, że przebywa w szpitalu dla oficerów niemieckich i dowiedział się od mojej matki, gdzie jestem. Ma zamiar wyciągnąć mnie z niewoli, ale najpierw musi wyleczyć kolano, w które dostał postrzał w czasie powstania. Okazało się, że jako oficer Organizacji Todta nadzorował budowę stanowisk dla szybkostrzelnych działek, które nas ostrzeliwały w Śródmieściu! Kiedy przeczytałem, że ma mieć operację kolana, to wystraszyłem się, że lekarze zauważą, iż jest obrzezany i gestapo na sam koniec wojny nas wszystkich, czyli jego, mnie i moją rodzinę, rozstrzela. Na szczęście do niczego takiego nie doszło, ale wtedy, żeby zatrzeć trop, wkręciłem się do grupy powstańców, których Niemcy wywozili aż pod szwajcarską granicę. Tam przed samym końcem wojny Niemcy nas zwolnili i umożliwili przejście granicy szwajcarskiej. W Szwajcarii wcielono mnie do 2 Dywizji Strzelców Pieszych gen. Bronisława Prugara-Ketlinga, która była tam internowana w 1940 roku. Wróciłem do Polski jako jej żołnierz. Wcześniej spotkałem się z Ryszardem, który po operacji został przez niemieckie dowództwo wysłany do Szwajcarii i tam doczekał końca wojny.

Powyższy wywiad to jedna z 34 rozmów z ludźmi, którzy walczyli we Wrześniu '39, pod Monte Cassino czy w Powstaniu Warszawskim, zdobywali Berlin oraz przeżyli rzeź wołyńską i obozy koncentracyjne. Zbiór, przygotowany przez Wojskowy Instytut Wydawniczy, pod wspólnym tytułem „Jedno z moich imion brzmi życie” jest już w sprzedaży. Zachęcamy do lektury!

Rozmawiał: Piotr Korczyński

autor zdjęć: Piotr Korczyński, arch. prywatne

dodaj komentarz

komentarze


Defendery 2019 – część 4
 
Z maratonu programowania do wojska
Warszawa – miasto nieujarzmione
Podchorąży mistrzem Wojska Polskiego w szachach
Klasy wojskowe po nowemu
Nowa misja i nowy sprzęt
Kosmiczny gość
GROM Challenge
Umarły dla świata
Spadochroniarze walczyli o tytuł mistrza Wojska Polskiego
Jedna misja, jeden zespół
Posłowie o kondycji polskiego przemysłu obronnego
Sprawdzają Brutusa
Terytorialsi na wysokościach
W Indiach mieli swój drugi dom
Rozpoczynamy nową erę
„Polsce się poświęcam...” – generał znad Bzury
„Agile Spirit”. Gruziński sprawdzian LITPOLUKRBRIG
Iranian Chess Game
Rok Żelaznej Dywizji
Agresja sowieckiego kolosa
Śląskie sceny z życia
Nowy wiceminister w MON
Polska nie pozostanie osamotniona
Natowskie brygady pod polskim dowództwem
Polskie firmy na targach w Londynie
Samochód do desantowania
Wiceprezydent USA o Polsce: jesteśmy rodziną
Cienka niebieska linia
Cztery lata LITPOLUKBRIG
Pomyślna certyfikacja PKW w Libanie
Polscy lekkoatleci mistrzami Europy
Cyberprzestrzeń priorytetem MON
Oko na Europę
Szykują się zmiany w wojskowych emeryturach
Zmiany emerytalne dla żołnierzy
Zielone światło z USA na sprzedaż F-35
„Operacja Wuhan”: Judo mężczyzn
Głos (z) płonącej Warszawy
Warsaw Is Fighting, We Must Go Back
Pięć medali żołnierzy w Mistrzostwach Polski w Półmaratonie
Modernizacja Sokołów
Wyspecjalizowany jak nurek, wszechstronny jak zwiadowca
Historia Liberatora wyjaśniona
Thin Blue Line
„Most współpracy”, czyli polska armia bliżej NATO
Terytorialsi – ćwiczą i pomagają
Nowelizacja ustawy o weteranach w Sejmie
Wrzesień ’39 na południu Polski
Defendery 2019 – część 3
Chorwacki test polskich kadetów
A Torn Subcontinent
Stulecie 16 Dywizji Zmechanizowanej
Irańskie szachy
Zapal lampkę bohaterom Września’39
Walka i dyplomacja
Zapal światło dla ofiar Katynia
W Pomiechówku pochowano ofiary hitlerowskich zbrodni
Spotkanie szefa MON z doradcą prezydenta USA
Boxer, czyli waga ciężka na londyńskich targach

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO